Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

Spotkanie ze świętym Janem od Krzyża

„Wszelka władza i wolność świata w porównaniu do wolności i potęgi ducha Bożego jest służalstwem, uciskiem i niewolnictwem” [Droga na górę Karmel I, 4]. Jan od Krzyża sięga wysoko, można by rzec, najwyżej, jak tylko jest to możliwe. Być może z tego powodu dzieła tego świętego, mistyka i doktora Kościoła, bywają trudne w odbiorze. Jednak nie w książce Spotkanie ze świętym Janem od Krzyża w opracowaniu Eulogio Pacho OCD.

Spotkanie ze świętym Janem od Krzyża, to bardzo ładnie wydana, nieduża antologia. Zaczerpnięto do niej teksty ze wszystkich pism św. Jana od Krzyża. Starano się przy tym zachować porządek zgodny z głównymi rysami myśli autora. Książka została podzielona na dwie części, a każda z nich na wiele bardzo krótkich tematycznych podrozdziałów. Jak to często bywa z antologiami, nie trzeba jej czytać „od deski do deski”, można względnie dowolnie wybierać fragmenty, w zależności od potrzeb i upodobań czytelnika. Raczej nie jest to pozycja dla znawców dzieł św. Jana, choć być może i oni chętnie sięgnęliby po nią w szczególnych okolicznościach, np. pakując się na wyjazd wakacyjny, ponieważ ta nieduża książeczka, przy mocno zredukowanej ilości tekstów, zachowuje głębię nauk autora.

Natomiast dla początkującego czytelnika dzieł św. Jana, książka ta może okazać się prawdziwą ucztą duchową. I nie tyle chodzi tu o słowa i piękne myśli, ile o odnalezienie tego, co ważne. Nie o smakowanie, bo jak pisze autor: „Aby dojść do smakowania wszystkiego, nie chciej smakować w niczym” [Droga na Górę Karmel I, 13, 2]. Raczej o drogę ogołocenia, która prowadzi do pełni: „Moje są niebiosa i moja jest ziemia; moje są narody, moi grzesznicy i sprawiedliwi! Aniołowie są moi, Matka Boża jest moja, wszystkie rzeczy są moje, i sam Bóg jest moim i dla mnie, gdyż Chrystus jest mój  i wszystek dla mnie!” [Słowa światła i miłości  26]

Mimo, iż publikacja ta liczy zaledwie 230 stron, nie jest łatwym zadaniem przeczytać ją szybko. Bowiem każdy przytaczany fragment skłania do zamyślenia, a może nawet krótkiej medytacji. Obfituje w paradoksy, takie jak: „Wiara, według teologów, jest to uzdolnienie duszy pewne i ciemne.”, przy pomocy których autor objaśnia, którędy prowadzą proste drogi do Boga i jak je odnaleźć wśród zaplątanych ludzkich pomysłów na życie.

Jest to zatem książka, którą warto się posiłkować, chcąc zacząć swoją pierwszą przygodę z Janem od Krzyża, lub chcąc powracać do najważniejszych myśli i wskazówek duchowych tego mistyka dużego formatu, o którym św. Teresa Wielka, mając na uwadze jego niewielki wzrost, mawiała z życzliwym poczuciem humoru: „Półbrat”.
 
M. przy herbacie

Książka Spotkanie ze świętym Janem od Krzyża dostępna jest w księgarni internetowej Książki przy herbacie.

Dziękuję Wydawnictwu Karmelitów Bosych za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

środa, 20 lipca 2016

Medytacja karmelitańska


Medytacja karmelitańska ojca Mariana Zawady, to nieduża, choć bardzo treściwa książeczka o modlitwie. Zaczyna się od słów: „Są ludzie, dla których pasją jest Bóg…” i to proste zdanie nie przestaje być aktualne aż do ostatniego rozdziału. To książka o fascynacji, przygodzie, szukaniu najcenniejszego skarbu. Jest jak podróż w głąb siebie po to, by przeżyć spotkanie życia.

Każdy, kto zdobył już swoje, choćby niewielkie, doświadczenie modlitwy wie, że spotkanie z Bogiem nie jest kwestią techniki. A każda próba pokazania sposobu, czy metody jest niczym innym jak tylko dzieleniem się doświadczeniem wiary. Jest zatem potrzebna, ale tylko po to, by wspólnie, trwając w „przestworzach Kościoła”, wymieniać się wskazówkami, kreśląc mapy i wspólne plany na indywidualne wędrówki ku temu, co najpiękniejsze.  Jest tym bardziej potrzebna, że – jak pisze autor - „Są tacy, którzy umierają z pragnienia nad brzegami wód, bo nikt do nich nie wypowiedział słów zaproszenia; bo nikt im nie powiedział, że woda daje życie.”

Medytacja karmelitańska składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy traktuje o tym, co nienazywalne – o Karmelu zobrazowanym wizją ogrodu, „w którym wyrasta stary kontemplatywny nurt”. Jego przesłaniem jest tajemnica Żywego Boga, zauroczenie pięknem Bożej obecności i głębokie pragnienie „miłosnego przebywania z Panem”. A więc nie tyle budowanie własnej doskonałości, co dojście do przyjaźni z Bogiem. W rozdziale drugim omówiony został przebieg medytacji karmelitańskiej, ze szczególnym uwzględnieniem etapu przygotowania do modlitwy. Na końcu rozdziału umieszczone zostały propozycje medytacji przygotowawczych. A po nich  etapy drogi duchowej na szlakach tej formy modlitwy. W trzecim rozdziale te etapy zostały omówione szczegółowo i zobrazowane przykładami medytacji bijących blaskiem spotkania z Nienazwanym. Jest to zatem opowieść o Bogu i człowieku, który w wyniku tych spotkań „czuje się obdarowany, kochany, pragnie nie tylko dzielić się tą miłością, ale i budzi się (w nim) wdzięczność.”

Książka ojca Zawady jest niekiedy poetyckim, niekiedy konkretnym, opisem pięknych i tajemniczych dróg modlitwy. Próbą nazwania doświadczeń  przyjaźni, próbą opisania Piękna wymykającego się ludzkim sposobom nazywania rzeczy. Jest także dzieleniem się własnym doświadczeniem modlitwy, co uważam za najważniejszy walor tej pozycji. Jest to książka inspirująca i z całą pewnością warta przeczytania.

 
M. przy herbacie





Książka Medytacja karmelitańska dostępna jest w księgarni internetowej Książki przy herbacie

Dziękuję Wydawnictwu Karmelitów Bosych za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.



wtorek, 7 czerwca 2016

Złoty świecznik


„Wszyscy kochamy baśnie…”  - to właśnie te słowa, rozpoczynające opis na tylnej okładce książki, sprowokowały mnie do tego, aby sięgnąć po Złoty świecznik Wilhelma Huenermanna w tłumaczeniu Jana Efrema Bieleckiego, wydany przez Wydawnictwo Karmelitów Bosych. Choć słowo „baśń” nie jest szlagierem współczesnej polszczyzny, ani też hitem europejskiej kultury masowej, dla mnie jest nośnikiem bardzo szczególnych treści - jest jakby otwartym oknem tajemnicy, albo ramą obrazu, w którym potencjalnie może wydarzyć się nieskończenie wiele plastycznych i barwnych historii. Kto twierdzi, że jest to słowo zastrzeżone wyłącznie dla dzieci, ten z całą pewnością nie czytał takich baśni Hansa Christiana Andersena, jak np. „Cień” albo „Coś”.

Złoty świecznik jest zbiorem opowiadań z założenia skierowanym do dzieci i młodzieży. Skąd zatem pomysł, aby polecać go także dorosłym odbiorcom? Przyznam szczerze, że jest to myśl bardzo subiektywna. A odpowiedź na nią jest tak samo niejednoznaczna, jak pytanie: „czego szukamy w książkach?” Bo na pewno nie jest tak, że wszyscy poszukujemy tego samego. Książka, aby mogła nas zaciekawić, musi w jakiś sposób wchodzić w relację ze światem, jaki nosimy w sobie, współgrać z naszą bardzo indywidualną wrażliwością. Być może stawiać pytania podobne do tych, jakie rodzą się w zakamarkach naszych umysłów, może wybierać podobne do naszych ścieżki, którymi wędrujemy w poszukiwaniu osobistych odpowiedzi. A zatem, co może znaleźć dorosły czytelnik, na równi z młodszym, w „Złotym świeczniku”? Może nadzieję i dobro? Może opowiedziane w nieco inny sposób biblijne i dziejowe historie, z których niektóre znamy, choć może nie z tak barwnej strony? Może zachętę do układania własnych pytań i odpowiedzi?

A pytań i odpowiedzi może być wiele, ponieważ jedną z funkcji baśni jest pobudzanie wyobraźni czytelnika. Baśń nie jest zatem gatunkiem ani ścisłym, ani bardzo poważnym. Przypowieść zaś nie jest konstrukcją literacką, do jakiej przyzwyczajają nas współcześni twórcy literatury. Na podstawie tych nieskomplikowanych założeń, stwierdzam, że „Złoty świecznik” nie jest dobrym kandydatem na dzisiejszy bestseller. Dla kogoś może być to antyreklamą książki, dla mnie to jej atut, ponieważ doceniam książki wartościowe, które nie zostały napisana „pod publiczkę”. Zresztą lektura ta nie jest dziełem współczesnym. Pierwszy raz została wydana w Niemczech w 1948 r. Co z tego wynika? Dla mnie – ponadczasowy charakter tych, zarazem ciekawych i prostych, opowieści.

Wilhelm Huenermann w swoich opowiadaniach odnosi się do znanych zdarzeń historycznych oraz biblijnych i na ich osnowie wyplata piękne gawędy. Większość z nich, jak przystało na baśnie i przypowieści dla młodszych czytelników, kończy się optymistycznie. Bo taka też jest rola baśni, aby prowadzić przez trudne koleje do pogodnej nadziei. Ale nie wszystkie opowieści są takie. Bo, jak to w życiu bywa, niekiedy zło bywa bardzo natarczywe, a człowiek słaby. Charakter przypowieści zachęca jednak czytelnika do refleksji. Nie zostawia go w mrokach ludzkich upadków, na przekór wszystkiemu skłania do trwania przy dobru.

Złoty świecznik, kiedy weźmie się „go” do ręki, migocze i zmienia barwy, malując kolejne opowiadania unikalnym światłocieniem. Znajdziemy w nich zderzenie młodzieńczego zapału z sędziwą mądrością w „Wiązance wrzosu dla cesarza”, spotkamy biblijnego Jonasza w „Pokucie niniwitów”, zostaniemy zaproszeni do zamyślenia się nad sensem śmierci i narodzin czytając „Okręt w butelce”, a także wprowadzeni  w utrzymaną  w baśniowym klimacie rajską historię naszych pierwszych rodziców, opisaną jak w lustrzanym odbiciu, w „Węglarczyku i pasterce”. Opowiadań jest łącznie 35, znalazłam wśród nich jedną historię „powracającą”, to znaczy taką, która opisuje koleje życia tego samego bohatera – misjonarza wojujących ze sobą plemion Indian i Eskimosów śnieżnych kresów Dalekiej Północy. Spoiwem wszystkich historii są pytania o wiarę i wartości chrześcijańskie. Choć  nie jest łatwo pisać na ten temat w sposób ciekawy i ponadczasowy, sądzę, że księdzu Wilhelmowi Huenermannowi znakomicie się to udało.
 
M. przy herbacie
 
 
Książka Złoty świecznik dostępna jest w księgarni internetowej Książki przy herbacie
 
Dziękuję Wydawnictwu Karmelitów Bosych za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
 
 

 

sobota, 22 lutego 2014

Tajemnica Maryi...

sprawdź cenę
Niezwykłe objawienia, mistycyzm i świętość to tematy, które niekiedy kuszą nas jakby mgłą otaczającej ich tajemnicy. Niejednokrotnie wydaje się nam, że kiedy przeczytamy wystarczająco dużą ilość książek o tej problematyce, lub w inny sposób zgłębimy te zagadnienia,staniemy się zupełnie innymi ludźmi, może nawet poznamy tajemnicę szczęścia i życia niemal „w obłokach” aż po wieczność. Jeśli takiego właśnie sposobu widzenia szukasz nie sięgaj po „Tajemnicę Maryi. Życie Matki Bożej w niezwykłych objawieniach mistyków i świętych”.

Ta bez wątpienia interesująca książka wydana przez ESPRIT jest analizą porównawczą tekstów ośmiorga wizjonerów, przedstawicieli różnych epok i narodowości. Jak czytamy we wstępie: „Czworo uznanych mistyków - Maria de Agréda, Anne-Catherine Emmerich, Maria Valtorta oraz Consuelo - opisywało historie życia Maryi, które szeroko uzupełniały słowa Ewangelii. Czworo innych równie znanych mistyków - Theresa Neumann, Luz Amparo Cuevas, Domenico i Rosa - przekazało nam dalsze fragmenty historii życia Dziewicy.” A zatem analizowane w książce teksty, zwane wizjonerskimi, po pierwsze odkrywają przed czytelnikiem również to, czego nie znajdzie on w Ewangeliach, a więc np. poczęcie i narodziny Maryi, ofiarowanie Jej w świątyni, nieznane aspekty wydarzeń opisywanych przez cztery Ewangelie, takich jak: zwiastowanie Maryi, narodzenie Jezusa, pokłon Mędrców, życie Maryi w czasie działalności publicznej Syna Bożego, podczas Jego męki, śmierci, Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia. To także widziane jakby oczami Matki Bożej obrazy zesłania Ducha Świętego, czy pierwszego soboru w Jerozolimie. Wreszcie zaśnięcie i Wniebowzięcie Maryi. Są to zatem obrazy (łącznie przytoczono ich siedemdziesiąt siedem) tego, czego na próżno można by szukać w tekstach kanonicznych, stąd też tytuł książki: „Tajemnica Maryi”.
Po drugie: przytaczane wyobrażenia osób uznanych za mistyków poddane zostały wnikliwej analizie porównawczej. Dlatego właśnie pracę nad książką, która w swym założeniu miała być analizą tekstów wizjonerskich, jej autorzy - ks. Rene Laurentin i Francois-Michel Debroise - rozpoczęli od ustalenia bezdyskusyjnych i praktycznych reguł obiektywnej metody badawczej w celu rozeznania i określenia zbieżności oraz niezgodności miedzy poszczególnymi żywotami, co ostatecznie miało ich doprowadzić do wniosków związanych z określeniem ich wartości duchowej i historycznej.
Wybrane teksty zostały więc pogrupowane tematycznie i zestawione ze sobą. W wyniku tego zabiegu obok siebie znalazły się fragmenty podobne do siebie i takie, które się od siebie różnią, choć dotyczą teoretycznie tego samego wydarzenia z życia Matki Chrystusa.
Kiedy było to potrzebne autorzy przytaczali także wątpliwości, jakie narastały wokół tych dzieł na przestrzeni czasu. I tak na przykładżywot napisany przez Marię Valtortę został umieszczony przez Kościół w Indeksie ksiąg zakazanych, ponieważ nosił nazwę „Ewangelia, jaka została mi objawiona”. Ostatecznie Kościół z inicjatywy kardynała Ratzingera, który sprawował wówczas funkcję prefekta Kongregacji Nauki Wiary, wydał zgodę na jego publikację, jednak pod warunkiem, że w tytule nie pojawi się słowo „Ewangelia”. Istotne jest bowiem to, żeby czytelnik nie miał poczucia, że czyta np. piątą Ewangelię. Raczej ważne jest, by czytając pamiętał i przeżywał „jedyną Ewangelię”, która wynika z czterech natchnionych i uznanych przez Kościół tekstów kanonicznych.
Podejście autorów do cytowanch tekstów wydaje się być może dość krytyczne. Jest to jednak w efekcie zabieg pozytywny, ponieważ dzięki niemu, czytając książkę, nie ma się złudzenia jakoby treści te zostały wyniesione ponad jedyne i pełne objawienie opisane w Piśmie Świętym, a jednocześnie nie deprecjonuje się ich wartości religijnej, czy duchowej. Podobnie jak nikt nie kwestionuje, ani też nie wynosi ponad ich rzeczywistą wartość, religijnej twórczości artystycznej, takiej jak obrazy przedstawiające np. Maryję, czy dzieła literackie będące swoistymi parafrazami Ewangelii, jak choćby Jezus z Nazaretu" Romana Brandstaettera. Autorzy przyznają bowiem, że każdy z nas ma prawo do osobistej medytacji - wychodzącej "poza" Słowo Boże, jeśli tylko trzyma się wyznaczonego przez nie kierunku. Żadne objawienie prywatne nie należy wprawdzie do depozytu wiary, może jednak okazać się pomocne w pełniejszym przeżywaniu treści z nią związanych.
Wydaje się, że teksty te mają walor podobny do dzielenia sie wiarą. Przypominają ewangeliczny obraz nawiedzenia św. Elżbiety przez Maryję, w którym obie kobiety przeżywają w sposób szczególny radość wynikającą ze spotkania z Bogiem. I choć każda znich doświadcza tego nieco inaczej - obie dzielą się swoim doświadczeniem piękna, miłości i dobra jakim zostały obdarowane podczas poruszeń Ducha Świętego. Jeśli więc szukasz wiary pewnej i pociągającej, czy może czytelnego piekna i twórczych natchnień do tego, by żyć pełniej, albo po prostu swojego magisosadzonego na mocnym fundamencie, koniecznie sięgnij po "Tajemnicę Maryi".
M. przy herbacie

Książka dostępna w księgarni: http://ksiazkiprzyherbacie.pl

Inne ciekawe tytuły:
W obronie wiary. C.S. Lewisa argumenty na rzecz chrześcijaństwa
Marta Robin. Mistyczka naszych czasów - Berard Peyrous
Bernadetta Soubirous. Duchowa droga wizjonerki z Lourdes - Jean-Claude Sagne

Jeszcze więcej ciekawych tytułów znajdziesz tutaj.

środa, 24 kwietnia 2013

"Kto zabił Jezusa?" Pawła Lisickiego


Pytanie, które Paweł Lisicki uczynił tytułem swojej najnowszej książki: „Kto zabił Jezusa?”, wzbudza wiele kontrowersji wśród osób próbujących czytać historię przez szkło powiększające własnych czasów.

Książka zaczyna się od zaprezentowania parady uprzedzeń dostępnych we współczesnej przestrzeni pojęciowej i medialnej, a związanych z próbami rozkodowywania historycznych przekazów w oparciu o dyrektywy współczesnych kanonów politycznej poprawności. Pomiędzy przytaczanymi licznie przykładami tego rodzaju nadinterpretacji i podejmowaną z nimi polemiką, czytelnik znajdzie tezę, która moim zdaniem, stanowi myśl przewodnią książki Lisickiego:

„ Jedynym celem pracy historycznej powinno być dążenie do ustalenia faktów. Wszystkie inne cele, dydaktyczne, pedagogiczne, moralne, ideologiczne, mogą mieć znaczenie drugorzędne. W historii procesu Jezusa najważniejsza jest zatem rekonstrukcja zdarzeń i odpowiedź na pytanie, kto, za co i dlaczego skazał Go na śmierć.” (s. 21)

W tym zdaniu określony został temat, którym Paweł Lisicki zamierza zająć się na kartach książki, a jest nim historia procesu Jezusa, oraz cel nadrzędny publikacji, czyli dążenie do ustalenia faktów. I rzeczywiście, te dwie przesłanki stanowią swoisty klucz, którym autor otwiera kolejne rozdziały i w oparciu o który buduje tezy oraz wnioski zawarte w „Kto zabił Jezusa?”

Jak już wspomniałam, na początku książki przytoczone zostały opinie części naukowców i egzegetów negujących prawdziwość historycznego przekazu Ewangelii kanonicznych. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wspólnym mianownikiem większości z nich jest stygmatyzacja antysemityzmem. Przejawia się ona jako groźba oskarżenia o antysemityzm, bądź jako forma obawy przed napiętnowaniem tymże stygmatem.

Tymczasem, pisałam już o tym recenzując „Trzy Najświętsze Hostie” Mieczysława Noskowicza, często bywa tak, że odmienna kultura i archaiczny dla nas styl relacjonowania minionych zdarzeń mogą przeszkadzać niewprawnym czytelnikom w rozkodowywaniu treści zawartych w historycznych tekstach. Historyk, który chciałby ustalić nie tylko fakty ale także zaopatrzyć je np. w ocenę moralną, winien być może wcielić się także w rolę badacza kultury. Jednak ten nie może, chcąc pozostać w zgodzie ze sztuka swego rzemiosła, przykładać do badanych obiektów „miarki” własnych przekonań, czy przesądów.

Można oczywiście pytać, tak jak Piłat, „co to jest prawda?” i nie zauważać tego, że tę Prawdę sami postawiliśmy w stan oskarżenia. Można pytać, czy prawda jest jedna? I warto o to pytać. Jednak szukając odpowiedzi, należy dążyć do odkrywania nie uprzedzeń ale faktów, jak to założył na początku swej publikacji Paweł Lisicki.

Kolejne rozdziały książki wprowadzają czytelnika w atmosferę czasów Chrystusa. Styl tego wprowadzania nie jest płynny, bo nic nie jest tutaj „podane na talerzu”. Autor nie prowadzi czytelnika „za rękę”. Raczej zadaje pytania, pokazując różne poglądy i tezy. Fakty pozostawia zawsze w roli „instancji nadrzędnej”.

W książce możemy przeczytać na przykład o tym jakie role społeczne i polityczne pełniły w czasach Jezusa główne stronnictwa żydowskie: faryzeusze, saduceusze, zeloci i esseńczycy. Jakie były kompetencje i granice władzy Cesarstwa Rzymskiego, jak funkcjonował system zarządzania owym mocarstwem tamtych czasów, kto komu podlegał i w jakim zakresie. Jak kształtowały się stosunki polityczne i społeczne narodu żydowskiego względem okupanta jakim było Cesarstwo Rzymskie, a także wobec narodów ościennych, które uważano za pogańskie i tym samym „nieczyste”. Jaki był stosunek nauczycieli prawa żydowskiego do podatków. Jaki status miała świątynia w Jerozolimie i jakie znaczenie w tym kontekście miały dla Żydów słowa Jezusa o burzeniu świątyni i odbudowywaniu jej w trzy dni, a także fakt wypędzenia z niej przekupniów i wreszcie przeklęcie przez Niego nieowocującego krzewu oliwnego.

Niezwykle ciekawe okazały się dla mnie rozdziały, w których zostali opisani tak zwani ukryci uczniowie Jezusa, Szymon z Arymatei i Nikodem. A także te, w których pokazana została cała złożoność podglebia etyczno-społecznego, któremu przeciwstawiał się Chrystus uzdrawiając chorych i negując przy tym faryzejski system „czyste-nieczyste”. W rozdziale „Inny sens męczeństwa” autor pokazał natomiast głębię dramatu i złożoność symboliki śmierci krzyżowej.

Paweł Lisicki w swojej pracy starał się przedstawić także główne założenia judaizmu czasów starożytnych i sposoby interpretacji Prawa przez przywódców i nauczycieli żydowskich. A także napięcia pomiędzy tymi interpretacjami a nauką Jezusa, które widoczne są także w Ewangeliach kanonicznych.

Podążając za opisem zdarzeń i podejmowanymi próbami ustalania faktów dotyczących zajść, czy przekonań, czytelnik jakby mimochodem skłaniany jest do zadania sobie pytania: „czy Jezus wiedział, że jest Bogiem?” Autor bowiem tak prowadzi swoją narrację jakby postrzegał Chrystusa przez pryzmat teologicznej szkoły antiocheńskiej. Można zastanawiać się, czy nie lepszy byłby klucz aleksandryjski, albo podjęcie próby znalezienia kompromisu pomiędzy „wiedział” i „nie wiedział”? Pytanie to jest ważne i ciekawe. Ja jednak zauważam w przyjętej przez autora formule szkoły antiocheńskiej swoisty „idealizm faktów i konkretów” , który płynnie wpisuje się w przyjętą przez niego ogólną konwencję sympatyzowania na stronach tej publikacji z tym, co jednoznaczne, ścisłe i logiczne. Być może z tego właśnie powodu styl, w jakim napisana została ta praca z początku wydawał mi się nieco „kamienisty” i ciężki. Warto było jednak oprzeć się temu złudzeniu, bo już po kilku rozdziałach książka wciągnęła mnie bez reszty.

Jest to lektura, która wyrzuca czytelnika z kolein schematycznego sposobu myślenia, nie popychając go jednocześnie w stronę pokusy obrazoburczego wykreślania wartości.  Jest ona zatem o tyle ciekawa, co kontrowersyjna. A jedno i drugie, w tym wypadku, jest dużym jej walorem.

 
M. przy herbacie

 

książka dostępna w księgarni internetowej "Książki przy herbacie"

wtorek, 4 grudnia 2012

Stali się dumą swych czasów? ABC kancelarii i archiwum parafialnego


         „Mężowie bogaci, obdarzeni potęgą, zażywający pokoju w swych domach; wszyscy ci przez pokolenia byli wychwalani i stali się dumą swych czasów. Niektórzy spomiędzy nich zostawili imię, tak że opowiada się ich chwałę, ale są i tacy, o których nie pozostała pamięć, i zginęli, jakby wcale nie istnieli, byli, ale jakby nie byli” [Syr 44,6-9] Ten fragment z Mądrości Syracha przytacza arcybiskup Stanisław Gądecki we wstępie do książki księdza profesora Leszka Wilczyńskiego „ABC kancelarii i archiwum parafialnego”, dodając od siebie: „Taka jest kolej rzeczy, że nawet wybitni ludzie i ich największe czyny, chociaż zapisane w Niebie, nie przetrwają w ludzkiej historii, jeśli nie zachowa ich pamięć potomnych”.
Z pamięcią ludzką bywa różnie, dlatego człowiek od lat spisuje to wszystko, co uznaje dla siebie za ważne, a potem przechowuje to w rozmaitych „skrzyniach dziejowych” kształtując w ten sposób własną kulturę i tożsamość. Co do tego, że własną historię warto spisywać i przechowywać, dziś nikt nie ma wątpliwości. Zwykle trudniej jest odpowiedzieć na pytania: co z tego, co gromadzimy (albo wyrzucamy…) jest rzeczywiście ważne i w jaki sposób to przechowywać, żeby nie panował w tym bezład…
Ksiądz profesor Leszek Wilczyński bardzo obszernie odpowiada w swojej książce na te pytania, a także na wiele innych. Bo, jak pisze, jednym z celów tej publikacji jest „zmiana spojrzenia na historię i jej pamiątki, które może nawet nieświadomie tworzymy sami każdego dnia.” Przytaczając różne rodzaje definicji archiwum, autor wspomina także o tym, że przecież każdy z nas ma swoje prywatne archiwum, w którym oprócz dokumentów metrykalnych, czy notarialnych gromadzi także fotografie, listy, a nawet pisane w młodości wiersze, czyli to wszystko, co uznaje za ważne. Dzięki takiemu podejściu księdza Wilczyńskiego książka ta nie jest suchym i nudnym podręcznikiem, ale bardzo ciekawym poradnikiem, a niekiedy i swoistą opowieścią, w której poza wyczerpującymi informacjami na temat prowadzenia kościelnych archiwaliów, autor dzieli się osobistymi, bardzo praktycznymi doświadczeniami w tej dziedzinie. Nie wiem, czy świadomie, czy nie, próbuje zarazić czytelnika własnym zamiłowaniem do zajęć archiwistycznych. A więc jest to książka napisana z pasją!
I chyba nie da się uniknąć konkluzji, że „ABC kancelarii i archiwum parafialnego” jest lekturą obowiązkową dla archiwistów kościelnych i przedstawicieli parafii. A to dlatego, że autor zawarł w swojej pracy wiele cennych wskazówek, m. in. jak należy wyposażyć pomieszczenia archiwum, jak zorganizować pracę w parafialnej kancelarii i archiwum, jak zarządzać zgromadzoną dokumentacją i ją zabezpieczać. Czytelnik dowie się z niej także jakie są zadania archiwum parafialnego w świetle obowiązującego prawa archiwalnego. Całość napisana została przystępnym językiem oraz wzbogacona licznymi przykładami i zestawieniami.
Pisząc tę książkę, jej autor nie pomija bardzo wielu istotnych aspektów, takich które składają się na szczególną specyfikę archiwaliów kościelnych. I tak, porównując sytuację proboszczów i przełożonych klasztorów (domów zakonnych) z archiwistami świeckimi, zauważa, że w zasadzie nie ma i dotąd nie było na rynku księgarskim (poza jedną, trudno dziś dostępną, pozycją) publikacji o charakterze popularnym, która byłaby dla nich pomocna i wyczerpywałaby temat opisując zagadnienia, które są dla nich istotne. Dodając słusznie, że rola administrowania archiwami zarządzanej przez nich placówki, często nie jest tą, którą przyjmują z własnej woli i z chęcią. Tym bardziej więc lektura ta może okazać się dla nich pomocna.
M. przy herbacie,
Magda
sprawdź: ks. Prof. Leszek Wilczyński „ABC kancelarii i archiwum parafialnego”
Książka dostępna w księgarni internetowejKsiążki przy herbacie
 
 
Inne ciekawe pozycje to: reprinty, książki chrześcijańskie, rocznik „Teologia Polityczna”, nowy dwumiesięcznik poświęcony Włochom „La Rivista”, Baśń jak niedźwiedź iAtrapia Gabriela Maciejewskiego,Twój pierwszy elementarz Toyaha, „Zeszyty Karmelitańskie”, „Księga mojego życia” św. Teresy z Avila,Pakt Ribbentropp-BackPiotra Zychowicza,Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka, „Na obcej ziemi – groby polskie na cmentarzach paryskich i Montmorency” Hanny Zaworonko-Olejniczak, “Ukryty” Bronisława Wildsteina

sobota, 3 listopada 2012

Między Gałczyńskim a Tyrmandem

zamów
Wpadła mi ostatnio w ręce „Farlandia” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Składa się ona z dwóch części. Pierwsza to liryka, najbardziej znane wiersze i poematy autora. Druga to Notatnik z Altengrabow – prowadzony przez Gałczyńskiego w ciągu trzech miesięcy lata roku 1941 w stalagu pod Magdeburgiem. O ile pierwsza część nie jest niczym zaskakującym, o tyle treść Notatnika toczy się w sposób nieoczekiwany, a on sam spisany jest w stylistyce nieco innej niż ta, do której przyzwyczaił swych czytelników znany poeta.
A więc obok zwrotek takich jak ta:
„Koń też by pisał wiersze,
gdyby mu dać sto złotych,
też miałby aspiracje,
ambicje i tęsknoty…”
,
pogodnie ironicznych, poruszających tematy codzienne, żeby nie napisać: błahe, znaleźć w nim można fragmenty dziennika, jak ten z 29 VIII 1941 r.:
„W twardym życiu jest coś cudownego (…) czy w pracy, od której człowiek dostaje zawrotu głowy i troi mu się w oczach. Jest pewne, że „biczowanie” ciała wyzwala w nas skrzydła ptaków tak kolorowych, jakich próżno szukać we wszystkich pięciu częściach świata.”
A więc „Notatnik” i liryka z lat późniejszych to jakby zestawienie dwóch światów. Z różnych powodów - jednym z nich jest ich odmienne przeznaczenie. Liryka była bowiem konstruowana tak, by mogła sprostać krytycznym wymogom dysponentów ówczesnego systemu politycznego, „Notatnik” zaś pisany był „do szuflady” i w „szufladzie” zresztą przeleżał sporo czasu, zanim został wydany po raz pierwszy w 2003 r. przez wydawnictwo „Czytelnik” (obecne wydanie jest drugą jego edycją).
Ponadto wydaje się, że dziennik poety jest tą ciekawszą dla czytelnika częścią książki, nie tylko z tego powodu, że jest dziełem nieznanym, bądź słabo znanym. Ale też choćby z tej racji, że ukazuje jego autora w sposób bardziej wiarygodny, w okolicznościach niekiedy granicznie dla niego trudnych. Może też dlatego teksty z „Notatnika” niosą w sobie treści o znaczeniu bardziej egzystencjalnym, a może są też bardziej szczere, jak na przykład fragment z 22 IX 1941 r.:
„B. sama przyniosła mi czysty ręcznik, a w ręczniku był kawałek chleba z serem. Dobroć. Cudowna niespodzianka dobroci, nagle zapalającej się jak gwiazda na ciemnym niebie Tacyta. Jaki jasny robi się wtedy świat. Ale sztuka jest żyć w złym świecie i – śpiewać.”
Jeśli by pokusić się o pewien ryzykowny eksperyment i tekst ten potraktować jak literackie proroctwo, czy wówczas twórczość powojenną Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego można by nazwać z dzisiejszej perspektywy śpiewem człowieka żyjącego w złym świecie? A jeśli tak, to jak można by zinterpretować ten śpiew? I czy uważni słuchacze (czytelnicy) nie wyczuliby w nim niekiedy, choćby między wierszami, fałszywych nut? Wszak przebieg kariery literackiej Gałczyńskiego był nieco inny niż np. Leopolda Tyrmanda…
M. przy herbacie
 
 
sprawdź: Konstanty Ildefons Gałczyński „Farlandia”
Książka dostępna w księgarni internetowejKsiążki przy herbacie
 
Inne ciekawe pozycje to: Tyrmand i Ameryka Katarzyny Kwiatkowskiej i Macieja Gawęckiego, Tyrmandowie – romans amerykański Agaty Tuszyńskiej,Baśń jak niedźwiedź iAtrapia Gabriela Maciejewskiego,Mój pierwszy elementarz Toyaha,Pakt Ribbentropp-Back Piotra Zychowicza,Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka
 

czwartek, 25 października 2012

UKRYTY Bronisława Wildsteina

sprawdź cenę tej książki
Do powieści tej pochodziłem ze sporą dawką rezerwy. Czy Wildstein będzie potrafił pogodzić polityczno-społeczne zaangażowanie z formą powieści? Czy to pierwsze nie będzie szkodą dla drugiego?
Bronisław Wildstein wybiera wąską i ryzykowną drogę. Osadza wydarzenia swych powieści bardzo konkretnie i nawet jeśli nie ma tu autentycznych postaci, to są ich cienie, ich modele. Łatwo tu o syndrom zapałki – ogień, wzbudzany bieżącymi emocjami jest gwałtowny ale szybko gaśnie. A po kilkunastu latach nikt o nim już nie pamięta. Ja pamiętam za to jaką męką było czytanie w szkole „Generała Barcza” – tych aluzji, aluzyjek, odniesień do piłsudczykowskich walk frakcyjnych, których nikt z nas już nie rozumiał…
Wildstein, który – należy to przypomnieć – nie jest debiutantem, bo ma na swoim koncie niezłą „Dolinę Nicości”, połowicznie tylko uniknął tego niebezpieczeństwa. Z jednej bowiem strony powieść czyta się wartko, akcja poprowadzona jest podług konstrukcji klasycznego kryminału. Z drugiej – postaci jeszcze bardziej niż w „Dolinie...” wydają się przerysowane, jednostronne. Czarno-biały podział może i dobrze sprawdza się w tolkienowskim świecie fantasy, ale tu chwilami drażni. Ale żeby znów nie było tak źle – wprowadził Wildstein i osobę, która trochę się tym schematom wymyka – artystę performera nazwiskiem Starowin. I już ta jedna postać wzbogaca powieść w chwilach, które wydają się przewidywalne.
Słowem – pozycja z pewnością interesująca dla miłośników literatury bieżąco zaangażowanej. Ale poprzez swój określony, ostro zarysowany kontekst chyba nie będzie pamiętana zbyt długo. Taki już los tego typu dzieł.
Jedno na pewno Bronisław Wildstein potwierdził – z powieścią jako formą radzi sobie całkiem dobrze i z pewnością nie można już o nim mówić wyłącznie jako o „dziennikarzu”. Jestem ciekaw kolejnych jego prób, być może wychodzących nieco dalej poza aktualne wydarzenia społeczno-polityczne.
recenzję udostępnił Bizmut72
sprawdź: Bronisław Wildstein Ukryty
książka dostępna w księgarni internetowej Książki przy herbacie
Inne ciekawe pozycje to: Baśń jak niedźwiedź i Atrapia Gabriela Maciejewskiego, Mój pierwszy elementarzToyaha, Pakt Ribbentropp-BackPiotra Zychowicza, Kalendarium Lwowa 1918-1939 Agnieszki Biedrzyckiej, Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka, Plan rasy panów. Instytut naukowy Himmlera a Holokaust Hether Pringle

czwartek, 27 września 2012

Trzy Najświętsze Hostie, czyli historia poznańskiego cudu Eucharystycznego


sprawdź cenę tej książki
Historia poznańskiego cudu Eucharystycznego nadal wzbudza emocje wśród czytelników „Trzech Najświętszych Hostii” Mieczysława Noskowicza, reprintu z 1926 r. wydanego w tym roku przez wydawnictwo Rosemaria.

Kiedy niedawno zaczęłam czytać trzecie już wydanie tej niedużej książeczki pomyślałam po pierwsze o tym, że rzeczą wyjątkową jest móc zagłębić się podczas jej lektury w atmosferę bardzo szczególnych wydarzeń dawnego Poznania. „Trzy Najświętsze Hostie” rozpoczynają się bowiem od barwnej opowieści przedstawiającej procesje Bożego Ciała w Poznaniu w roku 1399. Następnie opisują kradzież trzech komunikantów z tabernakulum w klasztorze dominikańskim, a na kolejnych stronach relacjonują akty bezczeszczenia Ciała Chrystusa przez żydowskich mieszczan i towarzyszące im cuda: odzyskanie wzroku przez pewną Żydówkę, uzdrowienie kaleki cierpiącego od urodzenia na skurcz kończyn, a także przywrócenie do życia konającego. Dalszy ciąg tej historii to wydarzenia związane z cudownym objawianiem się trzech Hostii Poznaniakom różnych stanów: pasterzowi trzody miejskiej, biskupowi Wojciechowi, kapłanom, przedstawicielom magistratu i licznym wiernym.

Relacja ta ma swoją szczególną dramaturgię i styl charakterystyczny dla epok, w których była spisywana. I tak - używane są w niej określenia, które kłócą się z dzisiejszym imperatywem poprawności politycznej, takie jak: „poszli we wskazane przez pastucha miejsce” (dziś słowo „pastuch” byłoby obraźliwe), albo „cudowna była to dobroć i cierpliwość Jezusa (…), że dozwolił się nie tylko dotykać plugawymi rękami świętokradzkiej zbrodniarce, ale nawet i wykraść na (…) na pośmiewisko, większą hańbę i pastwienie” – w poszczególnych zdaniach znaleźć można naprawdę mnóstwo archaizmów. A styl opisu pełen jest hiperboli jakich dziś się nie używa.

Być może z tego powodu pierwsza część tej książki może budzić dwojakie uczucia. Z jednej strony archaiczny styl opisu może przeszkadzać niewprawnym czytelnikom w rozkodowaniu zawartych tam treści, co może skutkować na przykład próbami mierzenia „współczesną miarką” wydarzeń z okresu wieków średnich. Z drugiej strony może okazać się dodatkowym smakiem, a nawet wzbudzać zachwyt.

Ja wybrałam to drugi podejście. I może dlatego „Trzy Najświętsze Hostie” okazały się dla mnie bardzo szczególną podróżą w czasie, próbą wyobrażenia sobie tego, jak mógłby wyglądać spacer po zaułkach średniowiecznego Poznania. Czytając tę opowieść czułam się też trochę tak, jakbym zwiedzała stare kościoły kryjące w swych zakamarkach przedziwne tajemnice. I miałam poczucie jakbym dotykała reliktów przeszłości, które niosą w sobie ponadczasowe wartości. To prawda, że niektóre zabytki dziś mogą wydawać nam się trochę toporne (podobnie jak język starych książek), mimo to zachwycają, ponieważ odkrywają wrażliwość tamtych czasów umiejscowioną w nieco innych kanonach kulturowych niż te, w których żyjemy i do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Dlatego czytając książkę Noskowicza starałam się mieć na uwadze i to, że czasy środka wieków z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się niekiedy okrutne – za wykroczenia karano torturami, a nawet karą śmierci. Także ówczesne pojmowanie świata było nieco inne niż dziś: przestrzenie sacrum i profanum były ściśle od siebie oddzielone, podobnie jak stany społeczne i ulice będące pod władaniem poszczególnych cechów. Inna była wreszcie wiara w cuda – może zadająca mniej pytań, a może bardziej szczera…

Średniowiecze miało swoją szczególną specyfikę i rządziło się nieco innymi prawami niż każda z następujących po nim epok. A kolejne karty tej książki odsłaniają wiele bardzo ciekawych faktów z historii Poznania z czasów średniowiecza i późniejszych. Można się z nich dowiedzieć między innymi dlaczego budynki klasztorne na rogu ulic Dominikańskiej i Szewskiej nie należą dziś do zakonu dominikańskiego, a są własnością jezuitów; kiedy dominikanie wrócili do Poznania; jak powstał kościół Bożego Ciała; co stało się z dawnym kościołem farnym i gdzie on się pierwotnie znajdował. Jest tam zawarty fragment historii karmelitów trzewiczkowych, a także opowieść o tym jak powstał uroczy kościółek na dzisiejszej ulicy Żydowskiej (dawna kamienica Świdwów-Szamotulskich) i co ma on wspólnego z soborem trydenckim. Niejako mimochodem, pojawia się tam historia kapliczki na ulicy Ślusarskiej, dobrze znana starszym Poznaniakom.

Książka Noskowicza przedstawia zatem kontekst poznańskiego cudu Eucharystycznego w dość rozległej przestrzeni dziejowej. Z tego powodu materiał źródłowy dla tej publikacji, jak to zostało przedstawione w krótkim wprowadzeniu autora, nie był jednolity. Historię tę, która wydarzyła się w 1399 r. jako pierwszy opisał kanonik krakowski Jan Długosz, który prawdopodobnie mógł czerpać z akt kościelnych i miejskich, a więc współczesnych opisywanym wydarzeniom. Z tych źródeł zaś czerpali kolejni dziejopisarze, tacy jak Kromer, Miechowita i Treter, kustosz poznański i kanonik warmiński, a także inni późniejsi autorzy.

Dziś mamy nieco inne podejście do wiary, czy zjawisk nadprzyrodzonych niż mieli poznańscy katolicy ponad sześćset lat temu, czego dowodem może być chociażby sposób przeżywania przez nas zdarzenia z Sokółki z 2009 r. Jedno jest pewne, jeśli ktoś chciałby wybrać się w podróż sentymentalną śladami poznańskiego cudu Eucharystycznego, albo nawet na pielgrzymkę do jednego z sanktuariów z nim związanych (jak to często bywało za króla Władysława Jagiełły), „Trzy Najświętsze Hostie” Noskowicza będą na tej drodze dobrym przewodnikiem.

środa, 9 maja 2012

"Pustelnik północnego ogrodu" - poetyckie opowieści Ojca Antoniego Rachmajdy o spotkaniach ze Stwórcą


Sprawdź cenę tej książki
Ten tomik wierszy jest opowieścią o spotkaniach ze Stwórcą, który JEST i z ludźmi, którzy starają się być – w przestrzeni przenikających się rzeczywistości światła i półmroku. To impresje na temat Tego, który „przychodzi z nierozpoznanej głębi”,  „…podczas przycinania brzoskwini…”.

Wiersze Ojca Antoniego Rachmajdy, karmelity z Poznania są bardzo rzeczywiste i bardzo nieuchwytne. Trzymając się ziemi dotykają tych przestrzeni, które zwykłe słowo mogłoby przytłoczyć albo zniekształcić, odbierając im ich eteryczną właściwość.  Są też pełne nadziei zakorzenionej w dwóch krzyżujących się kawałkach drewna…

Kluczowym punktem w topografii tej książki wydaje się „Opowieść o drzewie”. Poemat ten czytałam na dwa sposoby: jak historię człowieka poszukującego Boga i jak opowieść Boga tęskniącego za człowiekiem  - dwie historie jakby tożsame i zupełnie różne, przeplatające się w dziwnie pokojowym rytmie. Odnalazłam w ten sposób dwa podmioty liryczne: trochę zbuntowanego człowieka w ciemnościach, który w tym stanie zawieszenia wypatruje swego Stwórcy, a z drugiej strony Boga, który z wysokości krzyża poszukuje człowieka słowem „pragnę”.

W wierszach tych zostały zapisane opowieści o spotkaniach człowieka z Bogiem, który jest „pełen nieśmiałości”, albo jest tak nieuchwytny, że warto Go poprosić, by „nie odchodził jeszcze”. To także przestrzeń spoglądania na ludzi, których przenika wzrok Stwórcy i to niezależnie od tego, czy oni sami o Nim pamiętają, czy też zajęci są chwilą, która akurat się toczy…

sobota, 21 kwietnia 2012

Ziemia Lwowska

sprawdź cenę tej książki
Miałam ostatnio w ręce niewielką książeczkę bardzo estetycznie wydaną: "Przewodnik po Ukrainie Zachodniej, cz.III - Ziemia Lwowska". Do tego wydania załączona jest mapa z polskimi nazwami miejscowości i krain geograficznych. Na każdej stronie przewodnika znajdują się zdjęcia zabytków, niestety w większości niszczejących. Mimo to kuszą one swoim nieodpartym urokiem i zachęcają do podróży sentymentalnej w okolice Lwowa. 
Przewodnik obejmuje fragment Rusi Czerwonej, położony na północ od Dniestru i Strwiąża, bez Lwowa, któremu poświęcony będzie, jak zapewnia Oficyna Wydawnicza Rewasz,  kolejny tom cyklu.
Podróż w te rejony razem z "Przewodnikiem..." może okazać się fascynującą przygodą nie tylko dla tropicieli historii rodzinnych, ale również dla miłośników zaskakujących i zmysłowo naturalnych krajobrazów. W towarzystwie tej książki można zauroczyć się bagnistymi równinami Małego Polesia, uprawnymi terenami Wyżyny Wołyńskiej, lesistymi wzniesieniami Roztocza i niemal górskimi stokami Woroniaków i Gołogór nawet jeśli nie można od razu spakować się i wybrać w tamte rejony.

piątek, 20 kwietnia 2012

Kresy Wschodnie - Atrapia


sprwdź cenę tej książki
Kresy Wschodnie zwykle kojarzą się z pięknem, patriotyzmem, poezją i sentymentami (nie tylko patriotycznymi) albo z niesprawiedliwością dziejową, na skutek której zaprzepaszczona została bardzo szeroka przestrzeń polskiej spuścizny narodowej, nie tylko w sensie areału, ale też w sensie mentalnym i kulturowym. I jest to dobre skojarzenie, choć nie jedyne.
Bo o kresach i ziemiaństwie można myśleć także w sposób dynamiczny i konkretny. Takimi widzi je Gabriel Maciejewski. Choć sam, jak to opisuje w „Atrapii” , osobiście z ziemiaństwem ani z kresami nie ma nic wspólnego, bo jeden z jego dziadków był robotnikiem folwarcznym, a drugi małorolnym chłopem i  obaj mieszkali po zachodniej stronie Bugu, to jednak z dużym poczuciem identyfikacji historycznej i bardzo konsekwentnie kultywuje mit ziemiańsko kresowy. Pisze osobach, zdarzeniach i intrygach w sposób z rzadka tęskny („…była to Polska najprawdziwsza, jakiej nie poznamy już nigdy…") i nader często prowokacyjny, pokazując poprzez przytaczane fragmenty biografii wplecionych w splątane nici mnogich historii pełną paletę barw tamtych czasów i miejsc. Taka jest na przykład „Baśń kresowa”, albo „Biały dom na Podolu” opisane przez Coryllusa w pierwszym tomie „Baśni jak niedźwiedź” .

poniedziałek, 19 marca 2012

Kobieta silna


sprawdź cenę tej książki
Zainspirowana pewną wymianą myśli postanowiłam zajrzeć do książki, która od wielu lat stoi na półce w moim domu i przypomina mi o tym, że warto zadawać sobie pytania natury ogólnej, stwarzające szerokie przestrzenie poszukiwań odpowiedzi. „Kobieto, kim jesteś?” to  tytuł książki Nicole Echivard i zarazem przestrzeń poszukiwań, którą mam na myśli.

Jest to jedna z tych książek, których nie czytałam od początku do końca, choć przeczytałam ją w całości niejeden raz. Smakowałam ją i poszukiwałam w niej inspiracji do własnych refleksji nad naturą spotkań, które przytrafiają mi się każdego dnia. Przestrzeń tematyczna tej pozycji stawała się dla mnie impulsem do drobnych refleksji, a niekiedy i zmian w rejonach moich prywatnych wędrówek tożsamościowych. Poruszałam się wtedy raczej po utartych szlakach, raz po raz tylko zdobywając się na włóczęgę w nieznane – w kobiecym stylu, czyli szanując własne potrzeby związane z poczuciem bezpieczeństwa i wolności.

Jest to książka o kobietach i mężczyznach, gdyż relacja i więź są podstawową przestrzenią kobiecej egzystencji. Punktem kulminacyjnym wielu rozważań, jakie toczą się na jej stronach są mistycyzm i kontemplacja – odczytywane i opisywane tak jak należy to robić , czyli w sposób dyskretny, nieostry i niejednoznaczny.  Co więcej, mam wrażenie, że to, co najważniejsze, zostało w niej opisane między wierszami. I choć świat pełen jest osób niechętnych poszukiwaniu klucza do tego rodzaju kodów – dla mnie jest to język czytelny.

Wspominając swoje przygody mentalne z książką Nicole Echivard, przygotowuję się do zakupu i lektury „Kobiety silnej” Ingrid Trobisch. Przeglądając spis treści i podczytując fragmenty tej książki myślę o kobietach, które znam. Bo odsłanianie historii własnego życia, odkrywanie historii swojej rodziny, próby wiązania jej z zagadkami genealogicznymi rodziny męża, albo szwagra to pasjonująca przygoda, w której niejedna kobieta odnalazła lustro własnego życia. Lubimy się przeglądać w zwierciadłach czyichś oczu lub historii, lubimy słuchać opowieści, w których ludzkie losy tak bardzo zależą od siebie nawzajem. Chcemy się zastanawiać kto nas ukształtował i skąd się wzięły nasze zmarszczki, blizny i promienne uśmiechy. A jeśli czegoś jeszcze nie rozumiemy, z pasją, choć niespiesznie zaplanujemy wyprawę do krainy własnych wspomnień,  by odnaleźć w nich silną kobietę. Intuicja podpowiada mi, że na tę wyprawę warto zabrać przewodnik po zakamarkach kobiecej natury: „Kobietę silną” Ingrid Trobisch. 

Książka dostępna w księgarni Książki przy herbacie

Inne ciekawe pozycje: Kobieta i utracona miłość - Marilyn Meberg, Mama na pełen etat - Lisa M. Hendey, Kontemplacja w świecie - Jakub Maritain, Raissa Maritain, brat Moris, Konflikt w relacjach. Zrozumieć i przezwyciężyć - Sara Savage, Eolene Boyd - MacMilan, Powołanie kobiety. Kobiecość-uniwersytet-świętość - Biblioteka Zeszytów Karmelitańskich, Nigdy nie rodzi się byle kto... - Malina Stahre-Godycka

wtorek, 6 marca 2012

Kobieta boska tajemnica


sprawdź cenę tej książki
Pewna kobieta, która lubi ciekawe historie, poleciła mi kilka lat temu książkę. Przeczytanie jej wymagało ode mnie pewnego wysiłku: najpierw musiałam poszukać antykwariatu, zadzwonić do niego, złożyć zamówienie, poprosić kogoś o odebranie tej książki, zapłacić za nią, a potem odkręcać nieporozumienia, które narosły wokół tego zamówienia. Nie zrezygnowałam jednak z jej zakupu. A smak wyczekiwania stał się dla mnie właściwym podglebiem dla tej lektury.

 „Chusta Weroniki” Gertrudy von le Fort to rzecz o kobiecej wrażliwości wyrażanej intuicyjnie i poetycko. Mimo, iż książka jest kiepsko przetłumaczona, a jej styl jest niedzisiejszy, potrafi zauroczyć siłą swojej kobiecości. Zostały w niej opisane ludzkie losy i przeżycia splecione naprzemiennymi kolejami duchowych dróg, siłą modlitwy i bardzo szeroko rozumianego duchowego wstawiennictwa. Z jej stron bije przesłanie,  że spotkanie z każdym człowiekiem, jeśli tylko jest dostatecznie prawdziwe i głębokie, może stać się przedziwną podróżą do innego świata, który może być piękny, albo mroczny, tajemniczy lub przewidywalny, zmienny, czy pozornie niewzruszony, może też wykazać nieskończenie wiele cech, których się nie spodziewamy. Zachwycające są w niej koleje bohaterek, które dają się prowadzić duchowym natchnieniom, lub odmawiają Bożej łasce dostępu do swego serca. Poddają się swym uczuciom, które wyrażają subtelnie, albo gwałtownie, nie unikają też głębi milczenia. Każda z postaci doświadcza nieustannej przemiany własnej tożsamości, która raz jest jak rwący potok, innym razem jak niepozorna stróżka, sącząca się nieśmiało między występami czasu.

Ta książka ma swoją dramaturgię i emocjonalny potencjał, ale tym co przyciąga w niej najbardziej to intuicja i tajemnica. Chciałoby się powiedzieć, że jest tak kobieca, że już bardziej się nie da. A jednak!

Innym moim odkryciem związanym z głębokim wyczuciem kobiecej natury jest „Kobieta  boska tajemnica”. Książkę tę napisał mężczyzna, nieżyjący już dominikanin, ojciec Joachim Badeni. Jest ona zapisem rozmowy duszpasterza z kobietą, a moderatorem tego dialogu jest Judyta Syrek. Książkę tę, podobnie jak „Chustę Weroniki”, także ktoś mi polecił kilka lat temu. Przeczytałam ją błyskawicznie (nie jest długa), niejako „w drodze”, na kilku poznańskich przystankach tramwajowych, z czego przesiadki na Moście Teatralnym zostawiły w mojej pamięci najbardziej wyraźne wspomnienie. Może dlatego, że ten most ma swój klimat, a książka Ojca Badeniego jest o pięknie, a ono mieści w sobie takie pojęcia jak zachwyt, koloryt, intuicja, tajemnica, itp.


Ojciec Jan Kłoczowski, brat zakonny autora tej książki, we wstępie do niej stawia prowokacyjne pytanie: „…co ma do powiedzenia o kobiecie stary zakonnik, zamknięty w zakonnych murach?" I coś w tym jest! Bo pisanie takiej książki przez mężczyznę rzeczywiście mogłoby okazać się przysłowiowym „trafianiem kulą w płot”, gdyby nie złoty klucz, jakim posłużył się ojciec Joachim Badeni. Tym kluczem jest spojrzenie przez pryzmat mistyki i modlitwy dostrzeganych przez tego wyjątkowego zakonnika w realiach codzienności. I może jeszcze jedna rzecz jest istotna dla zrozumienia tajemnicy powodzenia tej książki: eksperyment opisania kobiecej natury przez mężczyznę być może powiódł się dlatego, że na każdej jej stronie zapisany został szacunek mężczyzny do kobiety, a może i zachwyt - ten sam, który znany był Adamowi w Edenie, zanim do Ewy podczołgał się wąż, by śmiertelnie zranić ich oboje…




Książka dostępna w księgarni Książki przy herbacie

Inne ciekawe pozycje: Kobieta i utracona miłość - Marilyn Meberg, Mama na pełen etat - Lisa M. Hendey, Kontemplacja w świecie - Jakub Maritain, Raissa Maritain, brat Moris, Konflikt w relacjach. Zrozumieć i przezwyciężyć - Sara Savage, Eolene Boyd - MacMilan, Powołanie kobiety. Kobiecość-uniwersytet-świętość - Biblioteka Zeszytów Karmelitańskich, Nigdy nie rodzi się byle kto... - Malina Stahre-Godycka