wtorek, 4 grudnia 2012

Stali się dumą swych czasów? ABC kancelarii i archiwum parafialnego


         „Mężowie bogaci, obdarzeni potęgą, zażywający pokoju w swych domach; wszyscy ci przez pokolenia byli wychwalani i stali się dumą swych czasów. Niektórzy spomiędzy nich zostawili imię, tak że opowiada się ich chwałę, ale są i tacy, o których nie pozostała pamięć, i zginęli, jakby wcale nie istnieli, byli, ale jakby nie byli” [Syr 44,6-9] Ten fragment z Mądrości Syracha przytacza arcybiskup Stanisław Gądecki we wstępie do książki księdza profesora Leszka Wilczyńskiego „ABC kancelarii i archiwum parafialnego”, dodając od siebie: „Taka jest kolej rzeczy, że nawet wybitni ludzie i ich największe czyny, chociaż zapisane w Niebie, nie przetrwają w ludzkiej historii, jeśli nie zachowa ich pamięć potomnych”.
Z pamięcią ludzką bywa różnie, dlatego człowiek od lat spisuje to wszystko, co uznaje dla siebie za ważne, a potem przechowuje to w rozmaitych „skrzyniach dziejowych” kształtując w ten sposób własną kulturę i tożsamość. Co do tego, że własną historię warto spisywać i przechowywać, dziś nikt nie ma wątpliwości. Zwykle trudniej jest odpowiedzieć na pytania: co z tego, co gromadzimy (albo wyrzucamy…) jest rzeczywiście ważne i w jaki sposób to przechowywać, żeby nie panował w tym bezład…
Ksiądz profesor Leszek Wilczyński bardzo obszernie odpowiada w swojej książce na te pytania, a także na wiele innych. Bo, jak pisze, jednym z celów tej publikacji jest „zmiana spojrzenia na historię i jej pamiątki, które może nawet nieświadomie tworzymy sami każdego dnia.” Przytaczając różne rodzaje definicji archiwum, autor wspomina także o tym, że przecież każdy z nas ma swoje prywatne archiwum, w którym oprócz dokumentów metrykalnych, czy notarialnych gromadzi także fotografie, listy, a nawet pisane w młodości wiersze, czyli to wszystko, co uznaje za ważne. Dzięki takiemu podejściu księdza Wilczyńskiego książka ta nie jest suchym i nudnym podręcznikiem, ale bardzo ciekawym poradnikiem, a niekiedy i swoistą opowieścią, w której poza wyczerpującymi informacjami na temat prowadzenia kościelnych archiwaliów, autor dzieli się osobistymi, bardzo praktycznymi doświadczeniami w tej dziedzinie. Nie wiem, czy świadomie, czy nie, próbuje zarazić czytelnika własnym zamiłowaniem do zajęć archiwistycznych. A więc jest to książka napisana z pasją!
I chyba nie da się uniknąć konkluzji, że „ABC kancelarii i archiwum parafialnego” jest lekturą obowiązkową dla archiwistów kościelnych i przedstawicieli parafii. A to dlatego, że autor zawarł w swojej pracy wiele cennych wskazówek, m. in. jak należy wyposażyć pomieszczenia archiwum, jak zorganizować pracę w parafialnej kancelarii i archiwum, jak zarządzać zgromadzoną dokumentacją i ją zabezpieczać. Czytelnik dowie się z niej także jakie są zadania archiwum parafialnego w świetle obowiązującego prawa archiwalnego. Całość napisana została przystępnym językiem oraz wzbogacona licznymi przykładami i zestawieniami.
Pisząc tę książkę, jej autor nie pomija bardzo wielu istotnych aspektów, takich które składają się na szczególną specyfikę archiwaliów kościelnych. I tak, porównując sytuację proboszczów i przełożonych klasztorów (domów zakonnych) z archiwistami świeckimi, zauważa, że w zasadzie nie ma i dotąd nie było na rynku księgarskim (poza jedną, trudno dziś dostępną, pozycją) publikacji o charakterze popularnym, która byłaby dla nich pomocna i wyczerpywałaby temat opisując zagadnienia, które są dla nich istotne. Dodając słusznie, że rola administrowania archiwami zarządzanej przez nich placówki, często nie jest tą, którą przyjmują z własnej woli i z chęcią. Tym bardziej więc lektura ta może okazać się dla nich pomocna.
M. przy herbacie,
Magda
sprawdź: ks. Prof. Leszek Wilczyński „ABC kancelarii i archiwum parafialnego”
Książka dostępna w księgarni internetowejKsiążki przy herbacie
 
 
Inne ciekawe pozycje to: reprinty, książki chrześcijańskie, rocznik „Teologia Polityczna”, nowy dwumiesięcznik poświęcony Włochom „La Rivista”, Baśń jak niedźwiedź iAtrapia Gabriela Maciejewskiego,Twój pierwszy elementarz Toyaha, „Zeszyty Karmelitańskie”, „Księga mojego życia” św. Teresy z Avila,Pakt Ribbentropp-BackPiotra Zychowicza,Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka, „Na obcej ziemi – groby polskie na cmentarzach paryskich i Montmorency” Hanny Zaworonko-Olejniczak, “Ukryty” Bronisława Wildsteina

sobota, 3 listopada 2012

Między Gałczyńskim a Tyrmandem

zamów
Wpadła mi ostatnio w ręce „Farlandia” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Składa się ona z dwóch części. Pierwsza to liryka, najbardziej znane wiersze i poematy autora. Druga to Notatnik z Altengrabow – prowadzony przez Gałczyńskiego w ciągu trzech miesięcy lata roku 1941 w stalagu pod Magdeburgiem. O ile pierwsza część nie jest niczym zaskakującym, o tyle treść Notatnika toczy się w sposób nieoczekiwany, a on sam spisany jest w stylistyce nieco innej niż ta, do której przyzwyczaił swych czytelników znany poeta.
A więc obok zwrotek takich jak ta:
„Koń też by pisał wiersze,
gdyby mu dać sto złotych,
też miałby aspiracje,
ambicje i tęsknoty…”
,
pogodnie ironicznych, poruszających tematy codzienne, żeby nie napisać: błahe, znaleźć w nim można fragmenty dziennika, jak ten z 29 VIII 1941 r.:
„W twardym życiu jest coś cudownego (…) czy w pracy, od której człowiek dostaje zawrotu głowy i troi mu się w oczach. Jest pewne, że „biczowanie” ciała wyzwala w nas skrzydła ptaków tak kolorowych, jakich próżno szukać we wszystkich pięciu częściach świata.”
A więc „Notatnik” i liryka z lat późniejszych to jakby zestawienie dwóch światów. Z różnych powodów - jednym z nich jest ich odmienne przeznaczenie. Liryka była bowiem konstruowana tak, by mogła sprostać krytycznym wymogom dysponentów ówczesnego systemu politycznego, „Notatnik” zaś pisany był „do szuflady” i w „szufladzie” zresztą przeleżał sporo czasu, zanim został wydany po raz pierwszy w 2003 r. przez wydawnictwo „Czytelnik” (obecne wydanie jest drugą jego edycją).
Ponadto wydaje się, że dziennik poety jest tą ciekawszą dla czytelnika częścią książki, nie tylko z tego powodu, że jest dziełem nieznanym, bądź słabo znanym. Ale też choćby z tej racji, że ukazuje jego autora w sposób bardziej wiarygodny, w okolicznościach niekiedy granicznie dla niego trudnych. Może też dlatego teksty z „Notatnika” niosą w sobie treści o znaczeniu bardziej egzystencjalnym, a może są też bardziej szczere, jak na przykład fragment z 22 IX 1941 r.:
„B. sama przyniosła mi czysty ręcznik, a w ręczniku był kawałek chleba z serem. Dobroć. Cudowna niespodzianka dobroci, nagle zapalającej się jak gwiazda na ciemnym niebie Tacyta. Jaki jasny robi się wtedy świat. Ale sztuka jest żyć w złym świecie i – śpiewać.”
Jeśli by pokusić się o pewien ryzykowny eksperyment i tekst ten potraktować jak literackie proroctwo, czy wówczas twórczość powojenną Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego można by nazwać z dzisiejszej perspektywy śpiewem człowieka żyjącego w złym świecie? A jeśli tak, to jak można by zinterpretować ten śpiew? I czy uważni słuchacze (czytelnicy) nie wyczuliby w nim niekiedy, choćby między wierszami, fałszywych nut? Wszak przebieg kariery literackiej Gałczyńskiego był nieco inny niż np. Leopolda Tyrmanda…
M. przy herbacie
 
 
sprawdź: Konstanty Ildefons Gałczyński „Farlandia”
Książka dostępna w księgarni internetowejKsiążki przy herbacie
 
Inne ciekawe pozycje to: Tyrmand i Ameryka Katarzyny Kwiatkowskiej i Macieja Gawęckiego, Tyrmandowie – romans amerykański Agaty Tuszyńskiej,Baśń jak niedźwiedź iAtrapia Gabriela Maciejewskiego,Mój pierwszy elementarz Toyaha,Pakt Ribbentropp-Back Piotra Zychowicza,Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka
 

czwartek, 25 października 2012

UKRYTY Bronisława Wildsteina

sprawdź cenę tej książki
Do powieści tej pochodziłem ze sporą dawką rezerwy. Czy Wildstein będzie potrafił pogodzić polityczno-społeczne zaangażowanie z formą powieści? Czy to pierwsze nie będzie szkodą dla drugiego?
Bronisław Wildstein wybiera wąską i ryzykowną drogę. Osadza wydarzenia swych powieści bardzo konkretnie i nawet jeśli nie ma tu autentycznych postaci, to są ich cienie, ich modele. Łatwo tu o syndrom zapałki – ogień, wzbudzany bieżącymi emocjami jest gwałtowny ale szybko gaśnie. A po kilkunastu latach nikt o nim już nie pamięta. Ja pamiętam za to jaką męką było czytanie w szkole „Generała Barcza” – tych aluzji, aluzyjek, odniesień do piłsudczykowskich walk frakcyjnych, których nikt z nas już nie rozumiał…
Wildstein, który – należy to przypomnieć – nie jest debiutantem, bo ma na swoim koncie niezłą „Dolinę Nicości”, połowicznie tylko uniknął tego niebezpieczeństwa. Z jednej bowiem strony powieść czyta się wartko, akcja poprowadzona jest podług konstrukcji klasycznego kryminału. Z drugiej – postaci jeszcze bardziej niż w „Dolinie...” wydają się przerysowane, jednostronne. Czarno-biały podział może i dobrze sprawdza się w tolkienowskim świecie fantasy, ale tu chwilami drażni. Ale żeby znów nie było tak źle – wprowadził Wildstein i osobę, która trochę się tym schematom wymyka – artystę performera nazwiskiem Starowin. I już ta jedna postać wzbogaca powieść w chwilach, które wydają się przewidywalne.
Słowem – pozycja z pewnością interesująca dla miłośników literatury bieżąco zaangażowanej. Ale poprzez swój określony, ostro zarysowany kontekst chyba nie będzie pamiętana zbyt długo. Taki już los tego typu dzieł.
Jedno na pewno Bronisław Wildstein potwierdził – z powieścią jako formą radzi sobie całkiem dobrze i z pewnością nie można już o nim mówić wyłącznie jako o „dziennikarzu”. Jestem ciekaw kolejnych jego prób, być może wychodzących nieco dalej poza aktualne wydarzenia społeczno-polityczne.
recenzję udostępnił Bizmut72
sprawdź: Bronisław Wildstein Ukryty
książka dostępna w księgarni internetowej Książki przy herbacie
Inne ciekawe pozycje to: Baśń jak niedźwiedź i Atrapia Gabriela Maciejewskiego, Mój pierwszy elementarzToyaha, Pakt Ribbentropp-BackPiotra Zychowicza, Kalendarium Lwowa 1918-1939 Agnieszki Biedrzyckiej, Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka, Plan rasy panów. Instytut naukowy Himmlera a Holokaust Hether Pringle

czwartek, 27 września 2012

Trzy Najświętsze Hostie, czyli historia poznańskiego cudu Eucharystycznego


sprawdź cenę tej książki
Historia poznańskiego cudu Eucharystycznego nadal wzbudza emocje wśród czytelników „Trzech Najświętszych Hostii” Mieczysława Noskowicza, reprintu z 1926 r. wydanego w tym roku przez wydawnictwo Rosemaria.

Kiedy niedawno zaczęłam czytać trzecie już wydanie tej niedużej książeczki pomyślałam po pierwsze o tym, że rzeczą wyjątkową jest móc zagłębić się podczas jej lektury w atmosferę bardzo szczególnych wydarzeń dawnego Poznania. „Trzy Najświętsze Hostie” rozpoczynają się bowiem od barwnej opowieści przedstawiającej procesje Bożego Ciała w Poznaniu w roku 1399. Następnie opisują kradzież trzech komunikantów z tabernakulum w klasztorze dominikańskim, a na kolejnych stronach relacjonują akty bezczeszczenia Ciała Chrystusa przez żydowskich mieszczan i towarzyszące im cuda: odzyskanie wzroku przez pewną Żydówkę, uzdrowienie kaleki cierpiącego od urodzenia na skurcz kończyn, a także przywrócenie do życia konającego. Dalszy ciąg tej historii to wydarzenia związane z cudownym objawianiem się trzech Hostii Poznaniakom różnych stanów: pasterzowi trzody miejskiej, biskupowi Wojciechowi, kapłanom, przedstawicielom magistratu i licznym wiernym.

Relacja ta ma swoją szczególną dramaturgię i styl charakterystyczny dla epok, w których była spisywana. I tak - używane są w niej określenia, które kłócą się z dzisiejszym imperatywem poprawności politycznej, takie jak: „poszli we wskazane przez pastucha miejsce” (dziś słowo „pastuch” byłoby obraźliwe), albo „cudowna była to dobroć i cierpliwość Jezusa (…), że dozwolił się nie tylko dotykać plugawymi rękami świętokradzkiej zbrodniarce, ale nawet i wykraść na (…) na pośmiewisko, większą hańbę i pastwienie” – w poszczególnych zdaniach znaleźć można naprawdę mnóstwo archaizmów. A styl opisu pełen jest hiperboli jakich dziś się nie używa.

Być może z tego powodu pierwsza część tej książki może budzić dwojakie uczucia. Z jednej strony archaiczny styl opisu może przeszkadzać niewprawnym czytelnikom w rozkodowaniu zawartych tam treści, co może skutkować na przykład próbami mierzenia „współczesną miarką” wydarzeń z okresu wieków średnich. Z drugiej strony może okazać się dodatkowym smakiem, a nawet wzbudzać zachwyt.

Ja wybrałam to drugi podejście. I może dlatego „Trzy Najświętsze Hostie” okazały się dla mnie bardzo szczególną podróżą w czasie, próbą wyobrażenia sobie tego, jak mógłby wyglądać spacer po zaułkach średniowiecznego Poznania. Czytając tę opowieść czułam się też trochę tak, jakbym zwiedzała stare kościoły kryjące w swych zakamarkach przedziwne tajemnice. I miałam poczucie jakbym dotykała reliktów przeszłości, które niosą w sobie ponadczasowe wartości. To prawda, że niektóre zabytki dziś mogą wydawać nam się trochę toporne (podobnie jak język starych książek), mimo to zachwycają, ponieważ odkrywają wrażliwość tamtych czasów umiejscowioną w nieco innych kanonach kulturowych niż te, w których żyjemy i do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Dlatego czytając książkę Noskowicza starałam się mieć na uwadze i to, że czasy środka wieków z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się niekiedy okrutne – za wykroczenia karano torturami, a nawet karą śmierci. Także ówczesne pojmowanie świata było nieco inne niż dziś: przestrzenie sacrum i profanum były ściśle od siebie oddzielone, podobnie jak stany społeczne i ulice będące pod władaniem poszczególnych cechów. Inna była wreszcie wiara w cuda – może zadająca mniej pytań, a może bardziej szczera…

Średniowiecze miało swoją szczególną specyfikę i rządziło się nieco innymi prawami niż każda z następujących po nim epok. A kolejne karty tej książki odsłaniają wiele bardzo ciekawych faktów z historii Poznania z czasów średniowiecza i późniejszych. Można się z nich dowiedzieć między innymi dlaczego budynki klasztorne na rogu ulic Dominikańskiej i Szewskiej nie należą dziś do zakonu dominikańskiego, a są własnością jezuitów; kiedy dominikanie wrócili do Poznania; jak powstał kościół Bożego Ciała; co stało się z dawnym kościołem farnym i gdzie on się pierwotnie znajdował. Jest tam zawarty fragment historii karmelitów trzewiczkowych, a także opowieść o tym jak powstał uroczy kościółek na dzisiejszej ulicy Żydowskiej (dawna kamienica Świdwów-Szamotulskich) i co ma on wspólnego z soborem trydenckim. Niejako mimochodem, pojawia się tam historia kapliczki na ulicy Ślusarskiej, dobrze znana starszym Poznaniakom.

Książka Noskowicza przedstawia zatem kontekst poznańskiego cudu Eucharystycznego w dość rozległej przestrzeni dziejowej. Z tego powodu materiał źródłowy dla tej publikacji, jak to zostało przedstawione w krótkim wprowadzeniu autora, nie był jednolity. Historię tę, która wydarzyła się w 1399 r. jako pierwszy opisał kanonik krakowski Jan Długosz, który prawdopodobnie mógł czerpać z akt kościelnych i miejskich, a więc współczesnych opisywanym wydarzeniom. Z tych źródeł zaś czerpali kolejni dziejopisarze, tacy jak Kromer, Miechowita i Treter, kustosz poznański i kanonik warmiński, a także inni późniejsi autorzy.

Dziś mamy nieco inne podejście do wiary, czy zjawisk nadprzyrodzonych niż mieli poznańscy katolicy ponad sześćset lat temu, czego dowodem może być chociażby sposób przeżywania przez nas zdarzenia z Sokółki z 2009 r. Jedno jest pewne, jeśli ktoś chciałby wybrać się w podróż sentymentalną śladami poznańskiego cudu Eucharystycznego, albo nawet na pielgrzymkę do jednego z sanktuariów z nim związanych (jak to często bywało za króla Władysława Jagiełły), „Trzy Najświętsze Hostie” Noskowicza będą na tej drodze dobrym przewodnikiem.

poniedziałek, 24 września 2012

Żydowscy uchodźcy w endeckiej Wielkopolsce

sprawdź cenę tej książki
Zbliża się październik, miesiąc w którym Niemcy przeprowadzili tzw. Polenaktion- brutalną akcję wypędzenia z Niemiec obywateli polskich narodowości żydowskiej.
Ciekawie piszą o tych wydarzeniach Izabela Skórzyńska i Wojciech Olejniczak w książce-albumie „Do zobaczenia za rok w Jerozolimie”, skupiając się na „efekcie lokalnym” czyli swoistym trzęsieniu ziemi, które w związku z akcją przeżył nadgraniczny Zbąszyń. Nie sposób jednak nie objąć refleksją relacji polsko-żydowskich w tym kontekście. Budzić musi bowiem zdziwienie, że już wtedy duża część deportowanych z Niemiec Żydów (obywatelstwa polskiego) w dużej mierze negatywnie odniosła się do Polski. To uderza w relacjach najbardziej – najwięcej pretensji, obaw, niechęci wyrażanych jest nie do III Rzeszy, za której przyczyną ludzie ci zostali przegnani na polską stronę granicy. Nawet nie do administracji polskiego państwa – a tu pretensje byłyby nawet uzasadnione (organizacja życia deportowanym pozostawała wiele do życzenia). Lecz do Polski i do Polaków jako takich. Już wtedy pokutowały mity o antysemityzmie, fanatycznym katolicyzmie, ograniczeniu... Aż dziw, że tego typu nastawienie nie spowodowało większych napięć i w endeckiej wszak Wielkopolsce żydowscy uchodźcy zostali przyjęci może nie z entuzjazmem, ale godnie i z dozą empatii.
Trzeba powiedzieć, że duża grupa deportowanych (tak przynajmniej wynika z niektórych listów zamieszczonych w „Do zobaczenia za rok w Jerozolimie”) zmieniła swoje stanowisko i z życzliwością wypowiadało się o zbąszyńskich Polakach. O tym należy pamiętać, bo sama Polenaktion choć obecnie zapomniana, może w każdej chwili wypłynąć na jednej z fal „rozliczeń z przeszłością”.
 
 
tekst udostępnił Bizmut72

wtorek, 31 lipca 2012

Rymanowski "Ubek. Wina i skrucha"

Nowości wydawnicze



Ubek. Wina i skrucha
Bogdan Rymanowski
Format: 145 x 205 mm
Stron: 352
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Wydanie: wyd. 1
ISBN: 978-83-7785-087-9

Cena brutto: 29,50 zł  32,90 zł
 
zamów
 

Ubek to historia agenta, który z pasją i oddaniem donosił na kolegów z opozycji. Byli wśród nich Kaczyński, Tusk, Borusewicz. To opowieść o człowieku, który kłamał, oszukiwał i manipulował.
Janusz Molka jest pierwszym funkcjonariuszem bezpieki, który odczuwa wstyd. Po latach łamie zmowę milczenia. Ze szczegółami opowiada o tym, jak SB kontrolowała opozycję, a swoje ofiary prosi o wybaczenie. Jego historia nie kończy się wraz z upadkiem PRL. Jej zaskakujący finał następuje już w III RP. Złamany przez Służbę Bezpieczeństwa, był, jak mówi, werbowany przez służby wolnej Polski. Ubek to także opowieść o kulisach pokojowego przekazania władzy przez komunistów w 1989 roku, wpływie tajnych służb na wynik czerwcowych wyborów oraz roli, jaką wciąż w naszym kraju odgrywają dawni tajni współpracownicy. Książka Bogdana Rymanowskiego jest spowiedzią człowieka, który rozpaczliwie szuka osobistego odkupienia. Bo przecież każdy, także były esbek, ma prawo stać się lepszy.
Bogdan Rymanowski (ur. 17 października 1967 w Krakowie) – dziennikarz, absolwent Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zaczynał w Radiu Kraków, później był reporterem, serwisantem i autorem audycji w Radiu RMF FM. W Radiu Plus rozmawiał „Twarzą w twarz” z politykami. Prowadził „Puls dnia” w TVP oraz „Kropkę nad i” w TVN. Był twórcą programu informacyjnego „Wydarzenia” w TV Puls. Od 2001 roku pracuje w telewizji TVN24. Był prowadzącym „Faktów” TVN, wieczornego „Magazynu 24 godziny” oraz „Rozmów
Rymanowskiego”. Obecnie jest gospodarzem programów „Kawa na ławę” i „Jeden na jeden”.
Otrzymał tytuł Dziennikarza Roku „Grand Press” w 2008 roku, jest również laureatem Wiktora, Telekamery i Nagrody Fikusa. Razem z Pawłem Siennickim napisał książkę „Towarzystwo Lwa Rywina”. Wspólnie z Wojciechem Bockenheimem był autorem filmu dokumentalnego „Szpieg” o Marianie Zacharskim. Mąż Moniki, ojciec Aleksandry, Julii i Karola.

Fragment rozdziału Rachunek sumienia:
— Niech pan nie robi z siebie ofiary.
— To nie tak. Chodzi o to, że w SB przestawało się być człowiekiem. Zacząłem się posługiwać odwróconym dekalogiem. Zło
było dobrem, a dobro złem. Część moich kolegów od początku to byli źli ludzie. Tych dobrych zniszczyła służba.

— Dobrzy stali się złymi?
— To już Hegel wymyślił. Byt określa świadomość. Z prawie każdego można zrobić świnię i mordercę.



udostępnione przez Wydawnictwo Zysk i S-ka

zamów w księgarni Książki przy herbacie

 

 
 

środa, 9 maja 2012

"Pustelnik północnego ogrodu" - poetyckie opowieści Ojca Antoniego Rachmajdy o spotkaniach ze Stwórcą


Sprawdź cenę tej książki
Ten tomik wierszy jest opowieścią o spotkaniach ze Stwórcą, który JEST i z ludźmi, którzy starają się być – w przestrzeni przenikających się rzeczywistości światła i półmroku. To impresje na temat Tego, który „przychodzi z nierozpoznanej głębi”,  „…podczas przycinania brzoskwini…”.

Wiersze Ojca Antoniego Rachmajdy, karmelity z Poznania są bardzo rzeczywiste i bardzo nieuchwytne. Trzymając się ziemi dotykają tych przestrzeni, które zwykłe słowo mogłoby przytłoczyć albo zniekształcić, odbierając im ich eteryczną właściwość.  Są też pełne nadziei zakorzenionej w dwóch krzyżujących się kawałkach drewna…

Kluczowym punktem w topografii tej książki wydaje się „Opowieść o drzewie”. Poemat ten czytałam na dwa sposoby: jak historię człowieka poszukującego Boga i jak opowieść Boga tęskniącego za człowiekiem  - dwie historie jakby tożsame i zupełnie różne, przeplatające się w dziwnie pokojowym rytmie. Odnalazłam w ten sposób dwa podmioty liryczne: trochę zbuntowanego człowieka w ciemnościach, który w tym stanie zawieszenia wypatruje swego Stwórcy, a z drugiej strony Boga, który z wysokości krzyża poszukuje człowieka słowem „pragnę”.

W wierszach tych zostały zapisane opowieści o spotkaniach człowieka z Bogiem, który jest „pełen nieśmiałości”, albo jest tak nieuchwytny, że warto Go poprosić, by „nie odchodził jeszcze”. To także przestrzeń spoglądania na ludzi, których przenika wzrok Stwórcy i to niezależnie od tego, czy oni sami o Nim pamiętają, czy też zajęci są chwilą, która akurat się toczy…