sobota, 3 listopada 2012

Między Gałczyńskim a Tyrmandem

zamów
Wpadła mi ostatnio w ręce „Farlandia” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Składa się ona z dwóch części. Pierwsza to liryka, najbardziej znane wiersze i poematy autora. Druga to Notatnik z Altengrabow – prowadzony przez Gałczyńskiego w ciągu trzech miesięcy lata roku 1941 w stalagu pod Magdeburgiem. O ile pierwsza część nie jest niczym zaskakującym, o tyle treść Notatnika toczy się w sposób nieoczekiwany, a on sam spisany jest w stylistyce nieco innej niż ta, do której przyzwyczaił swych czytelników znany poeta.
A więc obok zwrotek takich jak ta:
„Koń też by pisał wiersze,
gdyby mu dać sto złotych,
też miałby aspiracje,
ambicje i tęsknoty…”
,
pogodnie ironicznych, poruszających tematy codzienne, żeby nie napisać: błahe, znaleźć w nim można fragmenty dziennika, jak ten z 29 VIII 1941 r.:
„W twardym życiu jest coś cudownego (…) czy w pracy, od której człowiek dostaje zawrotu głowy i troi mu się w oczach. Jest pewne, że „biczowanie” ciała wyzwala w nas skrzydła ptaków tak kolorowych, jakich próżno szukać we wszystkich pięciu częściach świata.”
A więc „Notatnik” i liryka z lat późniejszych to jakby zestawienie dwóch światów. Z różnych powodów - jednym z nich jest ich odmienne przeznaczenie. Liryka była bowiem konstruowana tak, by mogła sprostać krytycznym wymogom dysponentów ówczesnego systemu politycznego, „Notatnik” zaś pisany był „do szuflady” i w „szufladzie” zresztą przeleżał sporo czasu, zanim został wydany po raz pierwszy w 2003 r. przez wydawnictwo „Czytelnik” (obecne wydanie jest drugą jego edycją).
Ponadto wydaje się, że dziennik poety jest tą ciekawszą dla czytelnika częścią książki, nie tylko z tego powodu, że jest dziełem nieznanym, bądź słabo znanym. Ale też choćby z tej racji, że ukazuje jego autora w sposób bardziej wiarygodny, w okolicznościach niekiedy granicznie dla niego trudnych. Może też dlatego teksty z „Notatnika” niosą w sobie treści o znaczeniu bardziej egzystencjalnym, a może są też bardziej szczere, jak na przykład fragment z 22 IX 1941 r.:
„B. sama przyniosła mi czysty ręcznik, a w ręczniku był kawałek chleba z serem. Dobroć. Cudowna niespodzianka dobroci, nagle zapalającej się jak gwiazda na ciemnym niebie Tacyta. Jaki jasny robi się wtedy świat. Ale sztuka jest żyć w złym świecie i – śpiewać.”
Jeśli by pokusić się o pewien ryzykowny eksperyment i tekst ten potraktować jak literackie proroctwo, czy wówczas twórczość powojenną Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego można by nazwać z dzisiejszej perspektywy śpiewem człowieka żyjącego w złym świecie? A jeśli tak, to jak można by zinterpretować ten śpiew? I czy uważni słuchacze (czytelnicy) nie wyczuliby w nim niekiedy, choćby między wierszami, fałszywych nut? Wszak przebieg kariery literackiej Gałczyńskiego był nieco inny niż np. Leopolda Tyrmanda…
M. przy herbacie
 
 
sprawdź: Konstanty Ildefons Gałczyński „Farlandia”
Książka dostępna w księgarni internetowejKsiążki przy herbacie
 
Inne ciekawe pozycje to: Tyrmand i Ameryka Katarzyny Kwiatkowskiej i Macieja Gawęckiego, Tyrmandowie – romans amerykański Agaty Tuszyńskiej,Baśń jak niedźwiedź iAtrapia Gabriela Maciejewskiego,Mój pierwszy elementarz Toyaha,Pakt Ribbentropp-Back Piotra Zychowicza,Do zobaczenie za rok w Jerozolimie pod red. Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz